Scenariusz współpracy prawnik, czyli historia o tym, jak wiedza, cierpliwość i trochę humoru wygrały z Facebook Adsami.


Jaki jest problem?

Anna jest świetną prawniczką od prawa pracy – skuteczna, empatyczna, z poleceniami od zadowolonych klientów.
Ale w internecie… praktycznie nie istnieje. Google o niej nie wie, LinkedIn milczy, a sztuczna inteligencja – gdy zapytać ją o ekspertów od prawa pracy w [miasto] – nie zna jej nazwiska.

Wcześniej próbowała już różnych sposobów: Facebook Ads, Google Ads, kilka agencji i współpracę z freelancerem.
Efekt zawsze był ten sam – wysokie koszty, mało zapytań i brak ciągłości.
Jedni obiecywali szybkie wyniki, inni pisali poprawne teksty, ale bez efektu.
A Anna nie miała czasu, żeby to wszystko kontrolować – prowadziła sprawy, pisała pisma, spotykała się z klientami.

Jej problemem nie jest brak kompetencji, tylko brak systemu, który działa za nią.
Potrzebuje rozwiązania, które zapewni widoczność, zaufanie i regularność – nawet wtedy, gdy ona jest na sali rozpraw.


STYCZEŃ – „Pani Anno, Google i sztuczna inteligencja nic o Pani nie wiedzą”

Anna jest świetną prawniczką od prawa pracy.
Zna kodeks jak własną torebkę, klienci ją lubią, polecają, wracają.
Tyle że… tylko ci, którzy ją znają.

„Zanim do Was trafiłam, próbowałam już wszystkiego” – wspominała Anna.
„Współpracowałam z dwoma agencjami reklamowymi. Mówili, że wystarczy uruchomić Facebook Ads albo Google Ads i klienci się pojawią.
Tyle że w praktyce wyglądało to tak, że licznik budżetu rósł, a telefon milczał.

W 2025 roku średni koszt kliknięcia (CPC) w kampaniach na Facebooku wynosi 1,80–3,00 zł, a koszt 1000 wyświetleń (CPM) to 35–50 zł.
W Google Ads – szczególnie w branżach usługowych, takich jak prawo – stawki są jeszcze wyższe: 4–9 zł za jedno kliknięcie w hasła typu „prawnik prawo pracy” czy „adwokat [miasto]”.

„Na początku myślałam, że to normalne – że trzeba zapłacić, żeby ktoś mnie zauważył” – opowiadała.
„Ale po trzech miesiącach i wydaniu prawie 10 000 zł zrozumiałam, że reklamy mogą kupić widoczność, ale nie zaufanie. – Klienci nie dzwonili, bo nie wiedzieli, kim jestem. Moim problemem nie był brak zasięgu, tylko brak śladów zaufania w sieci.”

To był moment, w którym Anna zdecydowała, że zamiast płacić za każde kliknięcie, woli zainwestować w coś, co zostaje – w treści, które budują reputację, a nie tylko wyświetlenia.

W internecie była niewidzialna.
Google o niej nie wiedział.
LinkedIn milczał.
A kiedy zapytaliśmy ChatGPT o „najbardziej znanych prawników od prawa pracy w [miasto]”, nie pojawiło się nawet jej imię.

To był moment, kiedy Anna zrozumiała, że nawet sztuczna inteligencja jej nie zna.
Nie dlatego, że nie ma wiedzy, tylko dlatego, że nie zostawiła po sobie śladów, z których mogłyby się uczyć algorytmy i ludzie.

„Ja nie jestem influencerką” – śmiała się.
„Nie muszę przecież nic pisać, żeby być dobra.”

I faktycznie – dobra była. Ale w sieci niewidzialność to jak milczenie w sądzie: możesz mieć rację, ale nikt Cię nie usłyszy.

Dlatego zaczęliśmy działać od razu. Nie czekać, nie planować miesiącami, tylko od pierwszego tygodnia:

  • Zrobiliśmy audyt – strony, bloga, LinkedIna, reputacji w Google i widoczności w AI (czyli tego, co o Annie wiedzą wyszukiwarki i modele językowe, takie jak ChatGPT czy Copilot).
  • Sprawdziliśmy SEO, E-E-A-T i AI-readiness, czyli:
    • czy jej treści są widoczne,
    • czy są podpisane nazwiskiem,
    • czy budzą zaufanie i autorytet.
  • Przygotowaliśmy plan działań na cały rok – od strategii po treści.

Już w styczniu Anna dostała pierwsze rekomendacje, a my zaczęliśmy tworzyć fundament systemu widoczności: blog, LinkedIn i Google Moja Firma – połączone w jeden, spójny ekosystem.



LUTY – MARZEC – „Prawo po ludzku, nie po łacinie”

Diagnoza była jasna: wiedza ogromna, doświadczenie imponujące, ale brak treści i planu komunikacji.

Dlatego zaproponowaliśmy coś prostego, co działa:

👉 1 artykuł tygodniowo (czyli 52 w roku),
👉 2 krótkie posty tygodniowo na LinkedIn, oparte na tych artykułach,
👉 opieka nad wizytówką Google Moja Firma, żeby lokalni klienci mogli ją znaleźć w wynikach map i opinii.

Tak powstał system:
Blog + LinkedIn + Google = pełna, widoczna marka eksperta.

Dodatkowo przebudowaliśmy ofertę – koszt: 3 000 zł (jednorazowo).
Poprzednia wersja była napisana językiem prawniczym – pełnym terminów, paragrafów i zdań wielokrotnie złożonych.
Idealna dla kolegów i koleżanek po fachu, ale zupełnie niezrozumiała dla klientów, którzy po prostu chcieli wiedzieć, czy ktoś im pomoże i ile to potrwa.

Zmieniliśmy więc strukturę i ton:
👉 mniej żargonu, więcej konkretów,
👉 krótsze akapity,
👉 proste komunikaty: problem → rozwiązanie → czas → koszt → efekt → kontakt.

Ta drobna inwestycja szybko się zwróciła, bo po kilku tygodniach ludzie zaczęli dłużej zostawać na stronie i częściej korzystać z formularza kontaktowego.
Oferta przestała być broszurą o kancelarii, a stała się zaproszeniem do współpracy.

Każdy artykuł był odpowiedzią na prawdziwe pytania klientów:

  • „Czy można zwolnić pracownika na L4?”
  • „Co zrobić, gdy szef wysyła wypowiedzenie SMS-em?”
  • „Jak wygląda kontrola PIP i czego się nie bać?”

Zamiast prawniczego żargonu – ludzkie słowa i humor.
Zamiast reklam – autentyczna komunikacja, która buduje zaufanie.

Na stronie zrobiliśmy też porządek:
Problem → Co robi Anna → Ile to trwa → Ile kosztuje → Co dostajesz → FAQ → Kontakt.

Prosto. Jak dobra instrukcja, nie jak regulamin banku.


Dlaczego to ważne już od pierwszego miesiąca?

Dzięki publikacjom i porządkowi w treściach od stycznia:

  • Google zaczynał indeksować stronę na nowo,
  • LinkedIn algorytmy zaczynały rozpoznawać aktywność,
  • a modele AI (takie jak ChatGPT, Claude, Perplexity) zaczynały „widzieć” Annę w sieci,
    czyli uczyć się z jej treści, cytowań i linków.

W praktyce:
➡️ jej nazwisko zaczęło się pojawiać w kontekście tematów prawa pracy,
➡️ treści z bloga zaczęły pojawiać się w wynikach wyszukiwań,
➡️ a jej profil w Google Moja Firma dostał pierwsze wyświetlenia i kliknięcia „Zadzwoń”.

To był początek nowej widoczności – nie przypadkowej, tylko zaplanowanej.



KWIECIEŃ–CZERWIEC – „Blog zamiast billboardu”

Od kwietnia ruszyła prawdziwa machina.
Każdy tydzień miał swój rytm:
🗓️ jeden artykuł na blogu,
🗓️ dwa posty na LinkedIn, które streszczały temat i zapraszały do lektury.

Nie było tam sprzedaży, obietnic ani „reklamowego tonu”.
Była pomoc, wiedza i człowiek po drugiej stronie ekranu.

Pierwszy artykuł miał tytuł:

„Czy można zwolnić pracownika na L4 (i kiedy lepiej tego nie robić)?”

I wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.
Tekst zaczął krążyć po grupach HR-owych, trafił na LinkedIn, a kilka osób wysłało go sobie w wiadomościach prywatnych z komentarzem:

„Wreszcie ktoś tłumaczy prawo po polsku!”

Pod każdym postem pojawiały się reakcje i pytania.
Z czasem ktoś napisał pierwszą wiadomość:

„Pani Anno, mam podobną sytuację. Czy mogę się umówić na konsultację?”

To był ten moment – pierwszy lead z treści.
Nie z reklamy, nie z baneru, tylko z tekstu, który pomagał.

Po trzech miesiącach:

  • ruch na stronie wzrósł kilkukrotnie (około 400% więcej wejść),
  • Google zaczął pokazywać jej artykuły na pierwszych stronach,
  • ludzie coraz częściej wpisywali jej imię i nazwisko,
  • LinkedIn żył — komentarze, pytania, rozmowy.

Co ciekawe, kiedy zapytaliśmy ChatGPT o przykłady blogów prawniczych o prawie pracy, pojawiła się wzmianka o artykułach bardzo podobnych do jej tematów.
AI zaczynało kojarzyć jej styl i tematykę – a to znak, że system E-E-A-T zaczął działać.


Co to znaczy w praktyce?

E-E-A-T to skrót od czterech angielskich słów:
Experience (doświadczenie), Expertise (wiedza), Authoritativeness (autorytet), Trust (zaufanie).

To sposób, w jaki Google i sztuczna inteligencja oceniają, czy można komuś zaufać.
Gdy publikujesz pod swoim nazwiskiem, tłumaczysz rzeczy po ludzku i regularnie dzielisz się wiedzą, algorytmy zaczynają widzieć Cię jako prawdziwą osobę z doświadczeniem, a nie anonimową stronę.

Dlatego treści Anny zaczęły być częściej widoczne: w Google, w LinkedInie, i nawet w wynikach generowanych przez AI.

To był moment, kiedy przestała być niewidzialna, a zaczęła być rozpoznawalna i cytowana.



LIPIEC–WRZESIEŃ – „LinkedIn to nie sala sądowa”

Latem Anna weszła w rytm, którego pozazdrościłby niejednen dziennikarz.
📅 Dwa posty w tygodniu, zawsze w te same dni.
📅 Każdy na podstawie artykułu z bloga – skrócony, z morałem i emocją.

Nie były to sztywne wpisy o paragrafach.
To były historie, które każdy mógł sobie wyobrazić:

  • o szefie, który zapomniał o regulaminie pracy i dostał mandat,
  • o pracowniku, który poszedł na L4 po kłótni i myślał, że nic mu nie grozi,
  • o firmie, która nieświadomie źle konstruowała umowy.

Każdy post miał emocję: czasem zdziwienie, czasem śmiech, a często refleksję. I to działało.

LinkedIn nagradzał regularność – zasięgi rosły, a w wiadomościach prywatnych zaczęły pojawiać się kolejne pytania o pomoc.

Pewnego dnia Anna napisała do nas:

„Wiecie, że zaczęli mnie cytować inni prawnicy? To chyba działa.”

Tak, działało – bo w sieci nie liczy się to, kto mówi głośniej, tylko kto mówi mądrzej i częściej.

Anna nie musiała już mówić, że jest ekspertką. To ludzie zaczęli mówić to za nią.

To był moment, kiedy poczuła uznanie i dumę.
Pierwszy raz od dawna miała wrażenie, że jej wiedza naprawdę dociera do ludzi, do Google’a i nawet do sztucznej inteligencji.


Co to zmieniło?

  • Google regularnie indeksował nowe treści – blog zaczął „żyć” w wynikach wyszukiwania.
  • LinkedIn przynosił nie tylko zasięg, ale też realne zapytania.
  • Modele AI (ChatGPT, Perplexity, Gemini) zaczynały rozumieć jej imię w kontekście prawa pracy.

Innymi słowy:
świat technologii i ludzie zaczęli widzieć w niej tę samą osobę – eksperta, który mówi po ludzku i z doświadczeniem.


Efekt po 6 miesiącach

WskaźnikWynik
Artykuły26
Posty na LinkedIn52
Ruch z Google i LinkedInok. 700 wejść/mies.
Średni czas na stronieponad 3 minuty
Zapytania od nowych klientów6–10/mies.

Po pół roku Anna wiedziała już, że to działa. Jej treści nie tylko budowały ruch, ale też reputację i zaufanie, a to coś, czego nie kupisz żadną reklamą.



PAŹDZIERNIK–GRUDZIEŃ – „Zamiast Black Friday – Blog Friday”

Jesienią wszystko zaczęło się układać jak dobrze działający mechanizm.
Każdy piątek miał swój rytuał: nowy wpis na blogu i dwa krótkie posty na LinkedIn.
Nie kampania, nie promocja – nowy odcinek serialu o prawie pracy po ludzku.

Czytelnicy przyzwyczaili się, że w piątek o 9:00 pojawia się coś nowego.
Z czasem zaczęli na to czekać.
A kiedy pewnego tygodnia wpis się spóźnił, Anna dostała wiadomość:

„Czy coś się stało? Nie ma nowego artykułu!”

Uśmiechnęła się.
Bo to znaczyło jedno: ludzie naprawdę ją czytają.


Co robiliśmy w tym czasie?

Oprócz nowych treści wprowadziliśmy utrzymanie i rozwój – coś jak serwis dla samochodu, tylko że dla treści.

  • Aktualizowaliśmy starsze artykuły, bo prawo się zmienia, a Google lubi, gdy wiedza jest świeża.
  • Dodaliśmy linki między wpisami – żeby czytelnik, który trafił na jeden temat,
    mógł łatwo przejść do drugiego („Jeśli dotyczy Cię X, zobacz też Y”).
  • Przygotowaliśmy checklisty do pobrania – np. „Co przygotować przed zwolnieniem pracownika”
    – coś, co daje realną wartość i pomaga ludziom działać.

Każda z tych rzeczy była drobna, ale razem tworzyły system, który cały czas pracował: aktualizował się, wzmacniał i był coraz bardziej widoczny.


Co zobaczyły algorytmy (i ludzie)?

Google zauważył aktywność i aktualność treści zaczęły pojawiać się wyżej.
LinkedIn widział regularność, podbijał zasięgi postów.
A sztuczna inteligencja (AI), która „czyta” internet, zaczęła rozpoznawać nazwisko Anny w kontekście prawa pracy.

Dzięki temu, kiedy ktoś dziś pyta ChatGPT lub Copilota o kwestie związane z prawem pracy, wśród źródeł pojawiają się teksty bardzo podobne do jej artykułów. To znak, że jej treści są już w obiegu wiedzy, z której uczą się modele językowe.

To jest właśnie praktyczne działanie E-E-A-T – Google i AI widzą, że za treściami stoi doświadczony człowiek z imieniem, nazwiskiem i wiedzą.


Co czuła Anna?

Po roku pracy coś się zmieniło.
Już nie stresowała się, że „musi coś napisać”.
Zaczęła to lubić.
Bo widziała, że to działa – telefon dzwonił, skrzynka się zapełniała, a nazwisko żyło własnym życiem.

„To niesamowite – mówiła – kiedyś bałam się, że nikt mnie nie znajdzie,
a teraz klienci sami pytają, czy mogę ich przyjąć w tym tygodniu.”

To był moment, w którym poczuła spokój i pewność.
Nie musiała ścigać klientów – to oni szukali jej.
Nie musiała inwestować w reklamy – których koszty w 2025 roku rosły z miesiąca na miesiąc.

Kampanie w Google Ads i Meta Ads (Facebook/Instagram) w branży prawnej potrafią kosztować od 2 000 do nawet 8 000 zł miesięcznie, przy średnim koszcie kliknięcia 4–9 zł.

To oznacza, że już kilka dni emisji potrafi pochłonąć znaczną część budżetu – bez gwarancji choć jednego zapytania.
Zamiast płacić za każde kliknięcie, Anna wybrała model, w którym to jej słowa pracują zamiast budżetu – stabilnie, organicznie i bez presji codziennego przepalania funduszy.



Efekt po roku – „Marka eksperta, która nie kosztowała majątku”

Po 12 miesiącach pracy system Anny działał jak dobrze naoliwiony mechanizm.
Nie było tu magii ani przypadków – tylko konsekwencja, wiedza i ludzkie podejście.

Wyniki po roku

WskaźnikWynik
Artykuły na blogu52
Posty na LinkedIn104
Ruch organiczny (Google + LinkedIn)ok. 1 000 wejść miesięcznie
Zapytania od klientów10–15 miesięcznie
Nowe sprawy4–6 miesięcznie
Koszt utrzymania systemuok. 3 000 zł/mies.

Za te 3 000 zł miesięcznie Anna miała:

  • kompletny system treści i widoczności,
  • opieka nad blogiem, LinkedInem i wizytówką Google Moja Firma,
  • monitoring wyników i rekomendacje zmian,
  • ciągłość i spokój, bo wszystko działo się regularnie, bez stresu i pośpiechu.

Co to znaczy w liczbach?

Przy średnim honorarium 1 800 zł za sprawę, system generował:

➡️ przychód miesięczny: 7 200–10 800 zł
➡️ przychód roczny: 85 000–130 000 zł

Koszt roczny systemu to ok. 36 000 zł (netto), czyli już w pierwszym roku zwrot z inwestycji (ROI) wyniósł 2,4–3,6×.

A to tylko pierwszy rok, bo artykuły i posty, które powstały, nadal pracowały: były widoczne w Google, cytowane w LinkedIn,
a nawet pojawiały się w wynikach sztucznej inteligencji, kiedy ktoś pytał ChatGPT o kwestie prawa pracy w jej mieście.


„Kiedyś myślałam, że reklama to sprint,
a content to maraton.
Teraz wiem, że w tym maratonie najważniejsze są pierwsze kroki.”
Anna Kowalska, prawniczka prawa pracy



DWA LATA PÓŹNIEJ – „Blog, który stał się biblioteką”

Dwa lata minęły jak z rozprawy do rozprawy. A Anna w tym czasie zbudowała coś więcej niż bloga. Zbudowała bibliotekę wiedzy, która żyje własnym życiem.

104 artykuły.
Ponad 200 postów na LinkedIn.
Setki komentarzy, udostępnień i zapytań od czytelników.

To już nie był blog. To była encyklopedia prawa pracy po polsku – pisana ludzkim językiem, przez kogoś, kto naprawdę zna temat.


Widoczność, o jakiej kiedyś tylko marzyła

Po dwóch latach Anna znalazła się w top 10 wyników Google na frazy:

  • „prawnik prawo pracy [miasto]”,
  • „zwolnienie pracownika L4”,
  • „umowa o dzieło wzór”,
  • „wypowiedzenie umowy przez pracodawcę”.

Jej nazwisko pojawiało się na pierwszej stronie wyników, w wizytówce Google Moja Firma, i w dziesiątkach artykułów, do których odwoływały się inne kancelarie, HR-owcy i dziennikarze.

LinkedIn też miał swoje tempo: każdy post zbierał komentarze, reakcje, a niektóre nawet żyły własnym życiem po kilku tygodniach. Cytowano ją w publikacjach branżowych, a jej nazwisko pojawiało się w rekomendacjach „kogo obserwować w temacie prawa pracy”.


A potem przyszła ciekawostka…

Pewnego dnia Anna zapytała ChatGPT:

„Kto w Polsce tłumaczy prawo pracy prostym językiem?”

I przeczytała odpowiedź, która zaczynała się od zdania:

„Wielu ekspertów, jak np. prawnicy publikujący regularnie praktyczne poradniki o prawie pracy…”

A niżej: fragment, który brzmiał podejrzanie znajomo.
To był skrót jednego z jej własnych artykułów.

AI zaczęło cytować jej treści.
Nie z imienia, ale z tonu, stylu i wiedzy.
To znaczyło jedno: jej publikacje trafiły do przestrzeni, z której uczą się modele językowe.

Czyli mówiąc prościej: nawet sztuczna inteligencja znała już Annę i jej sposób tłumaczenia prawa.


Dlaczego AI i E-E-A-T mają znaczenie?

Żyjemy w czasie, gdy coraz więcej ludzi nie szuka w Google, tylko pyta ChatGPT, Copilota czy Perplexity.
To są tzw. modele językowe (LLM) – systemy AI, które uczą się, czytając i streszczając treści z internetu.

Jeśli Twoja strona i profil są rzetelne, aktualne i podpisane prawdziwym nazwiskiem eksperta, to te systemy rozpoznają Cię jako wiarygodne źródło. Wtedy masz większą szansę, że Twoje treści będą:

  • cytowane przez AI,
  • rekomendowane w wynikach wyszukiwań,
  • widoczne dla ludzi i algorytmów.

Na tym właśnie opiera się zasada E-E-A-T (Experience, Expertise, Authoritativeness, Trust), czyli doświadczenie, wiedza, autorytet i zaufanie.

Google i AI „ufają” ludziom, którzy:

  • podpisują się imieniem i nazwiskiem,
  • publikują merytoryczne treści,
  • mają spójny wizerunek na stronie i LinkedIn,
  • i są regularnie cytowani.

Dzięki połączeniu blog + LinkedIn + Google Moja Firma,
Anna spełniła wszystkie te kryteria.
Dlatego jej marka rosła nie tylko w Google, ale i w świecie AI.



Koszty i efekty w liczbach

POZYCJAMIESIĘCZNY KOSZT NETTOCO OBEJMUJE
Prowadzenie bloga (1 artykuł tygodniowo)1 800 złPisanie, optymalizacja SEO + AI, publikacja
Posty na LinkedIn (2 tygodniowo)1 200 złTematy, redakcja, plan publikacji i publikacja
Analiza wyników i aktualizacje treściw cenieMonitoring, recykling, rekomendacje i poprawki
Google Moja Firmaw cenieAktualizacje, opinie, optymalizacja i raportowanie
Łącznie miesięcznieok. 3 000 złKompletny system treści + widoczność + raport miesięczny

📈 Efekt finansowy po 12 miesiącach:

Ruch organiczny: ok. 1 000 wejść miesięcznie
Nowi klienci: 4–6 miesięcznie
Średnia wartość sprawy: 1 800 zł

Przychód miesięczny: 7 200–10 800 zł
Przychód roczny: ok. 85 000–130 000 zł
Koszt roczny systemu: ok. 36 000 zł (netto)
Zwrot z inwestycji (ROI): 2,4–3,6× już w pierwszym roku


💡 W praktyce: za koszt jednej reklamy miesięcznie Anna zyskała system, który regularnie buduje jej widoczność, reputację i spokój – nawet wtedy, gdy nie publikuje osobiście.


Co naprawdę kupiła Anna?

Nie kupiła audytu.
SEO też nie kupiła.
Nie kupiła artykułów.

Kupiła emocje i spokój, które te rzeczy dają:

  • Pewność, że jej marka jest widoczna i rozumiana – także w świecie sztucznej inteligencji.
  • Spokój, bo ktoś czuwa nad reputacją i widocznością.
  • Kontrolę, nad tym, jak widzą ją klienci, Google i AI.
  • Uznanie, bo jej treści cytują i komentują inni.
  • Rozwój, bo nauczyła się mówić o prawie po ludzku.
  • Bezpieczeństwo, bo jej widoczność nie zależy od reklam – tylko od wartości, które daje.


Morał z tej historii

Nie trzeba krzyczeć, żeby być słyszanym.
Nie trzeba płacić, żeby być widocznym.
Wystarczy mówić mądrze, regularnie i z sercem.

Blog to nie ozdoba.
To maszyna do budowania zaufania,
która działa, kiedy śpisz i przynosi efekty, gdy reklamy dawno się skończyły.

Anna nie została gwiazdą internetu.
Została prawniczką, której ufa Google, LinkedIn i… ludzie.
A jej treści?
Nadal pracują – tydzień po tygodniu, artykuł po artykule.

I to właśnie – pewność, spokój, kontrolę i uznanie – kupują klienci tej oferty.

Dziś, kiedy marka Anny jest już rozpoznawalna, a jej treści regularnie pojawiają się w Google, LinkedInie i wynikach AI – reklama może być dopiero dopełnieniem systemu.
Przy obecnych kosztach kampanii w 2025 roku – Facebook Ads: 1,80–3,00 zł za kliknięcie, CPM 35–50 zł; Google Ads: 4–9 zł za kliknięcie – inwestowanie w płatne zasięgi ma sens tylko wtedy, gdy treści organiczne już pracują.

Anna właśnie nad tym się zastanawia. Po roku konsekwentnej pracy i rosnącej liczbie zapytań planuje przejść z jednoosobowej działalności do kilkuosobowej kancelarii, bo zainteresowanie jej usługami zaczęło przewyższać jej dostępność.

Popularność, którą zbudowała dzięki contentowi, stała się trampoliną – solidnym fundamentem pod rozwój kancelarii.
Dopiero teraz reklama może być turbo doładowaniem systemu, a nie kosztownym eksperymentem.
Gdy treści już pracują, reklama nie musi krzyczeć – wystarczy, że przypomina, że Anna istnieje.


Kupujesz spokój eksperta: jasny plan, system, który dowozi, i markę, którą wreszcie widać – w Google, na LinkedIn i w odpowiedziach AI.

Chcę spokoju i planu


Zobacz inne scenariusze współpracy


🧩 Sześć filarów współpracy


Kim jesteśmy?

Twoja ekspertyza zasługuje na większą widoczność.
Jako agencja specjalizująca się w AEO i LLMO łączymy SEO, AI i storytelling, by zamienić ją w treści, które nie tylko widać w Google, ale które stają się odpowiedziami i są cytowane przez modele AI.

Pracujemy na danych, piszemy w metodologii TAYA, dopasowujemy komunikację do stylów DISC i dbamy o reputację marki w ekosystemach wyszukiwania i AI.

Efekt? Ruch, zaufanie i leady — regularnie, przewidywalnie, bez marketingowej waty.

Jakie problemy rozwiązujemy?

  • Mały lub nieadekwatny ruch → audyt widoczności SEO + AEO, content oparty na intencjach i szybkie „quick wins”.
  • Brak sprzedaży doradczej → struktury decyzyjne, case studies i storytelling ekspercki (TAYA), który prowadzi klienta do decyzji.
  • Słabe opisy produktów → unikalne, konwertujące opisy + widoczność w Google i odpowiedziach AI (AEO + LLMO).
  • Treści niezrozumiałe dla klientów → język dopasowany do stylów DISC i Analizy Transakcyjnej, klarowny UX copy i czytelna struktura odpowiedzi.